
New Year, New Me… New Marketing?
Jak to mówi klasyk: New Year, New Me. ✨ Ile razy każdy z nas złapał się na kupowaniu nowego, eleganckiego planera z nadzieją, że tym razem zrealizujemy wszystkie zapisane w nim postanowienia… a potem dopadła nas smutna rzeczywistość w listopadzie? 😅
Nowy rok lubi skłaniać do ambitnych planów. Karnet na siłkę wykupiony z góry na 12 miesięcy, do tego ścianka wspinaczkowa, 10 kursów do przerobienia… a i jeszcze nowy rower, bo od teraz jeździmy 3 razy w tygodniu. Prawda?
W marketingu jest bardzo podobnie. Nowe narzędzia, nowe kampanie, nowe formaty, nowe „must-have’y”, KPI, kalendarze marketera – wszystko koniecznie do wdrożenia od stycznia. Z dużym zapałem podchodzimy do tematów, których potem zwyczajnie nie jesteśmy w stanie operacyjnie udźwignąć. I właśnie dlatego my podeszliśmy do tego inaczej.
Cześć, tu Jarek z MTA Digital. 👋 W tym odcinku .more lettera zebraliśmy kilka postanowień noworocznych z życia e-commerce. To nie lista rzeczy, które musisz wdrożyć od stycznia. To bardziej zbiór kierunków i obserwacji, które mogą pomóc Ci zdecydować, na czym faktycznie warto się skupić w nowym roku – bez presji i bez robienia wszystkiego naraz. Bo po co zaczynać styczeń z zadyszką?
Czego dowiesz się z tego odcinka?
- dlaczego warto zacząć 2026 rok od analizy tego, co naprawdę zadziałało
- jak lepiej planować działania marketingowe na cały rok
- co zrobić, żeby Q4 nie ratowało całego wyniku e-commerce
- gdzie szukać prostych sposobów na skalowanie sprzedaży
- jak podejść do testów, żeby dawały realne wnioski
- dlaczego strona i checkout wpływają na wyniki kampanii
- jak rozdzielać komunikację do nowych i powracających klientów
- jak korzystać z AI i automatyzacji bez utraty kontroli
- dlaczego analityka powinna być podstawą decyzji
- czemu spójna komunikacja marki wygrywa z jednorazowymi viralami
Najpierw wstecz, potem do przodu
Zanim w ogóle zaczniesz planować kolejne „postanowienia”, warto zrobić coś mniej efektownego, i umówmy się, często po prostu nudnego, ale zdecydowanie bardziej sensownego: spojrzeć wstecz. Sprawdzić, co z zeszłorocznych założeń faktycznie wypaliło, co udało się dowieźć, a co rozjechało się po drodze. I nie po to, żeby się biczować, tylko żeby zrobić uczciwy rachunek sumienia i ocenić, ile Ty i Twój zespół realnie jesteście w stanie unieść, zanim zacznie się dokładanie kolejnych inicjatyw.
Bo w e-commerce, podobnie jak w sporcie, co za dużo, to niezdrowo ⚖️. Najlepsze efekty nie biorą się z długiej listy celów, tylko z dobrego zaopiekowania się realnymi pain pointami: tym, co dziś najbardziej blokuje wzrost, spowalnia sprzedaż albo generuje chaos w działaniach. Nie liczy się liczba ambitnych punktów na starcie roku, tylko ich wpływ na biznes i to, czy faktycznie jesteś w stanie je dowieźć. I to bez wywalania się już na pierwszym zakręcie. 🏁
Nie zostawię całego roku na Q4
To jedno z tych postanowień, które wszyscy znamy… i z którym co roku mamy ten sam problem. Bo nagle się okazuję, że „zobacz Bożenko jeszcze tylko: back to school, Black Friday, święta i znów nowy rok.” Roczne cele dowieziemy w Q4 i jakoś to będzie, jakoś to będzie Bożenko.
W praktyce takie podejście bardzo często kończy się nerwowym nadrabianiem, presją na kampanie i decyzjami podejmowanymi w pośpiechu. Bez testów, bez przygotowania i bez realnej kontroli nad wynikiem. A potem w październiku pojawia się klasyczne: „musimy to jeszcze sprawdzić”, „trzeba coś dorzucić”, „inni robią to tak, to też to włączmy”.
Jeśli coś ma zadziałać w Q4, musi zacząć się dużo wcześniej. Nie w październiku. Nie „po wakacjach”. Tylko na etapie planowania całego roku. Hot Season nie jest momentem na eksperymenty, tylko na skalowanie rzeczy, które zostały sprawdzone wcześniej: komunikaty, produkty, oferty i kreacje. Q4 nie powinno ratować całego roku. Powinno go domykać.
Bo odkładanie wszystkiego „na koniec” rzadko kończy się spokojnym dowiezieniem targetów. Zdecydowanie częściej kończy się gaszeniem pożarów wtedy, gdy każdy błąd kosztuje najwięcej. Wiecie, jaki jest ulubiony mem marketerów w Q4, prawda?
I właśnie dlatego jednym z najbardziej niedocenianych postanowień noworocznych jest po prostu ogarnięcie rocznego kalendarza działań. Nie tylko pod kątem marketingu, ale też realiów biznesowych:
📦 Stany magazynowe: Zanim zaplanujesz promocję, upewnij się, że masz co sprzedawać. Kampania, która generuje popyt na produkt, którego nie ma na stanie (albo zaraz się skończy), to proszenie się o problemy i nerwowe zmiany w trakcie.
🗓 Sezonowość produktów: Nie każdy produkt sprzedaje się tak samo dobrze przez cały rok. Sprawdź, co ma sens w danym okresie i pod to planuj komunikację, budżety i akcje promocyjne.
🚚 Gotowość operacyjna: Logistyka, obsługa klienta, realizacja zamówień… marketing nie powinien wyprzedzać operacji. Jeśli planujesz wzrost, upewnij się, że zespół i procesy są na niego gotowe.
💸 Wstępny plan rabatów i promocji: Nie wszystko musi być dopięte co do procenta, ale warto wiedzieć wcześniej, kiedy planujesz promocje, jakiego rzędu rabaty wchodzą w grę i które eventy są dla Ciebie kluczowe w roku.
🎨 Kreacje pod konkretne eventy: Dzień Kobiet, Black Friday, święta – te momenty wracają co roku. Mając je w kalendarzu, możesz wcześniej zaplanować kierunki kreatywne i komunikacyjne, zamiast kleić kreacje na ostatnią chwilę.
Sprawdzę proste opcje skalowania, które mogłem ominąć
W e-commerce bardzo łatwo wpaść w schemat: sprzedajemy to samo, tylko mocniej. Większy budżet, więcej kampanii, lepsze kreacje. A dużo rzadziej zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, czy wzrost nie leży już w samej ofercie.
Czasem wystarczy spojrzeć obok. Może istnieje produkt komplementarny? Nowy wariant? Linia dla innej grupy odbiorców? Albo rozszerzenie bestsellera, który już dziś generuje sprzedaż. To nie muszą być wielkie rewolucje, bo często są to drobne ruchy, które otwierają zupełnie nowe możliwości skalowania. Co ważne, takie decyzje nie powinny być oparte na „wydaje mi się”. Tu bardzo dobrze sprawdzają się hipotezy: Co jeszcze mógłby kupić klient, który już nam zaufał? Jaką potrzebę rozwiązujemy dziś tylko częściowo?
Żeby znaleźć odpowiedzi, warto sięgnąć po kilka prostych źródeł:
📩 Społeczność i klienci: Zapytać wprost – np. wysyłając krótką ankietę przez Marketing Automation.
💬 Social media: Zrobić prostą akcję lub mini konkurs dla osób, które skomentują i podzielą się swoimi pomysłami.
🤖 Narzędzia (w tym AI): Wykorzystać je jako wsparcie do myślenia: do generowania kierunków, pomysłów i inspiracji – nie do zgadywania.
Reszta to już klasyk: weryfikacja na danych, test na mniejszą skalę i sprawdzenie, czy rynek faktycznie to kupuje.
Będę testować jak proces, nie jak jednorazową akcję
W marketingu wszyscy testują, a jak nie wszyscy to większość. A teraz przyznaj się tutaj przed Noworoczną Komisją ds. weryfikacji testów:
Czy wyciągasz wnioski z testów… czy tylko je robisz?
Czy wracasz do tego, co działało w poprzednim sezonie? Czy w kolejnych kampaniach korzystasz z insightów, które już raz udało Ci się zdobyć? Czy raczej co roku testujesz dokładnie to samo, jakby poprzednie testy nigdy się nie wydarzyły? Bo problem bardzo rzadko leży w tym, co testujesz. Leży w tym, jak do tego podchodzisz.
Test to nie jest „wrzućmy coś i zobaczymy”. Bez planu, bez hipotezy i bez punktu odniesienia bardzo szybko kończy się slajdem w raporcie i klasycznym: „no dobra, coś tam się wydarzyło”. A potem przychodzi kolejny sezon i… zaczynamy od zera. Dlatego jednym z ważniejszych postanowień na nowy rok jest potraktowanie testów jak powtarzalnego procesu, niezależnie od tego, czy zmieniasz kreację i komunikat, czy techniczne ustawienia kampanii w Meta, czy Google.
Dobre testowanie zawsze wygląda podobnie:
🔸 wiesz co zmieniasz i dlaczego,
🔸 testujesz jedną zmienną naraz,
🔸 z góry wiesz, po czym poznasz, że test ma sens.
🔸 I najważniejsze: wracasz do wniosków. Wyłączasz przegranych, skalujesz zwycięzców, zapisujesz insighty na przyszłość.
💡 Pro tip: Często to właśnie małe, dobrze zaplanowane testy, niezależnie od tego, czy dotyczą kreacji, czy technicznych ustawień, przygotowują grunt pod skalowanie w hot season. Zamiast nerwowo sprawdzać wszystko na ostatniej prostej, wiesz już, co działa i dlaczego.
Odblokuj cały tekst
Zapisz się do .more lettera i bądź na bieżąco!

Zadbam o stronę tak, żeby nie przeszkadzała w zakupie
Żaden marketing nie dowiezie wyniku, jeśli użytkownik wyląduje na stronie i po kilku sekundach stwierdzi: motyla noga co tu się porobiło? 🤯 Nie ma znaczenia ile ruchu na stronę ściągniesz, jeśli na miejscu klient spotka tor przeszkód w postaci: Popup’u zasłaniającego „Dodaj do koszyka”, którego nie da się zamknąć, checkoutu, który nagle wymaga założenia konta, braku informacji o składzie produktu, wymiarach albo czasie dostawy – to koszmary każdego kupującego. Znasz je?
Naprawdę nie ma znaczenia, jak dobry był marketing. Użytkownik po prostu wychodzi, a wyniki się sypią. Dlatego jednym z ważniejszych postanowień na nowy rok powinno być regularne sprawdzanie, czy strona nie przeszkadza w zakupie. Czy da się z niej normalnie korzystać na mobile._ Czy użytkownik od razu wie, co kupuje i za ile. Czy nic nie wyskakuje w najgorszym możliwym momencie i czy checkout da się przejść bez frustracji.
💡 Pro tip: Jeśli planujesz większe zmiany na stronie, np. migrację, przebudowę, wymianę checkoutu czy kluczowych elementów UX, rób to poza sezonem. Między kampaniami i peakami masz przestrzeń na testy, poprawki i błędy, które da się spokojnie naprawić. W gorącym okresie nie ma na to miejsca. Duże zmiany zostaw na moment, w którym możesz je wdrażać bez stresu i gaszenia pożarów. A nie wtedy, gdy strona ma dowozić sprzedaż 24/7.
Będę świadomie segmentować nowych i powracających klientów
W ostatnich miesiącach szczególnie w Mecie mocno promowane są uproszczone struktury kampanii – jedna kampania, jeden ad set, dużo kreacji, resztą „zajmie się algorytm”. Brzmi dobrze, działa szybko i często daje przyzwoite wyniki… ale tylko na pierwszy rzut oka. W praktyce bardzo często kończy się tym, że system kieruje większość budżetu do existing customers, bo tam konwersja jest najłatwiejsza do dowiezienia. Efekt? ROAS się zgadza, raport wygląda ładnie, ale realny wzrost liczby nowych klientów nie nadąża.
Analogiczny mechanizm widać też w Google, a szczególnie w Performance Max. Bez świadomego pilnowania struktury i sygnałów algorytm bardzo chętnie optymalizuje się pod użytkowników, którzy już byli blisko konwersji. Wynik jest, ale to nie zawsze ten wynik, którego faktycznie potrzebuje biznes.
Algorytmy, zarówno w Mecie, jak i w Google, bardzo szybko uczą się najłatwiejszej drogi do konwersji. A tą drogą są najczęściej powracający użytkownicy. Osoby, które już znają markę, były na stronie albo kupowały wcześniej. Wyniki na dashboardzie mogą wyglądać dobrze, bo ROAS się zgadza, ale wzrost… stoi w miejscu.
I tu nie chodzi o to, że system robi coś „źle”. On robi dokładnie to, co mu najłatwiej dowieźć. Dlatego jednym z ważniejszych postanowień na nowy rok powinno być świadome rozdzielenie działań na nowych i powracających klientów. Nie po to, żeby komplikować kampanie, ale żeby wiedzieć, na co realnie idzie budżet i jaki cel ma każda jego część. Inaczej prowadzisz komunikację do kogoś, kto dopiero Cię poznaje, a inaczej do osoby, która już Ci ufa – i to powinno być widoczne nie tylko w kreacjach, ale też w strukturze kampanii.
Będę korzystać z AI i automatyzacji, ale... pod kontrolą
Nowy rok to zwykle wysyp nowych feature’ów od Google i Meta. Gotowe grupy odbiorców, predykcje, automatyczne rekomendacje, alerty jakości, strategie oparte na AI. Wszystko wygląda bardzo sensownie, brzmi „data-driven” i kusi obietnicą: będzie szybciej, prościej i bez grzebania w ustawieniach. I trudno się temu dziwić, bo te rozwiązania naprawdę zachęcają, żeby kliknąć „włącz”.
Problem zaczyna się wtedy, gdy AI przestaje być wsparciem, a zaczyna podejmować decyzje za Ciebie. Bez kontekstu biznesowego, bez wiedzy o marży, sezonowości czy realnych celach sprzedażowych.
📦 Meta i maksymalne uproszczenie struktur
Jedna kampania, jeden ad set, dużo kreacji… a resztą zajmie się algorytm. To podejście bywa skuteczne, ale bez kontroli specjalisty bardzo często kończy się tym, że budżet trafia głównie do powracających użytkowników, bo tam najłatwiej dowieźć wynik. ROAS się zgadza, raport wygląda dobrze, ale wzrost liczby nowych klientów nie nadąża.
🔍 Google, konkurencja i share of market
Warto raz do roku spojrzeć szerzej i sprawdzić, jak wyglądasz na tle rynku. I to nie tylko przez pryzmat własnych wyników, ale też aktywności konkurencji. Raporty typu share of market czy share of voice potrafią bardzo szybko pokazać, w jakich momentach roku realnie przegrywasz nie ofertą czy kreacją, ale po prostu intensywnością działań konkurencji. To cenna wskazówka do planowania budżetów, sezonowości i tego, gdzie faktycznie jest jeszcze przestrzeń do wzrostu.
💡Good2know: Coraz więcej nowości od Google i Meta trafia na rynek jako rozwiązania niedojrzałe. Są intensywnie rozwijane, aktualizowane, poprawiane – i to jest normalne. Problem pojawia się wtedy, gdy traktujemy je jak gotowe odpowiedzi, zamiast jak rzeczy, które trzeba sprawdzić na własnych danych.
🤖 AI i SEO: szybko ≠ skutecznie
AI mocno przyspiesza tworzenie treści SEO: opisy kategorii, artykuły, FAQ czy meta opisy można dziś wygenerować w kilka minut. Masowo generowane, powtarzalne treści coraz częściej nie dowożą jednak ani widoczności, ani realnej wartości dla użytkownika. Google coraz wyraźniej premiuje content, który odpowiada na realną intencję użytkownika i jest osadzony w kontekście biznesowym. AI świetnie sprawdza się jako wsparcie researchu i punkt wyjścia do pracy nad treścią, ale bez ludzkiej weryfikacji łatwo stworzyć content „pod algorytm”, który w praktyce nie buduje ani ruchu, ani zaufania.
🎨 Kreacje generowane przez AI: szybciej, ale nie zawsze lepiej
AI coraz śmielej wchodzi w obszar kreacji reklamowych – obrazy, wideo, layouty powstają w kilka minut. To ogromna pokusa, zwłaszcza przy dużej skali i presji na tempo. Problem zaczyna się wtedy, gdy estetyka i spójność marki przegrywają z „efektem wow technologii”. Głośne przypadki kampanii zdejmowanych z emisji pokazują jedno: to, że coś da się wygenerować, nie znaczy, że powinno trafić do odbiorców.

🔥 Hot info: McDonalds spadł z rowerka. Pod koniec roku głośno było o świątecznej reklamie McDonald’s Netherlands, stworzonej w całości przy użyciu AI. Kreacja miała być „inna” i technologicznie nowoczesna, ale została bardzo chłodno przyjęta przez odbiorców. Pojawiły się komentarze o sztuczności, braku emocji i niepokojącym klimacie. Spot został szybko zdjęty z emisji. To dobry przykład tego, że AI potrafi przyspieszyć produkcję kreacji, ale nie przejmuje odpowiedzialności za ich odbiór. Nawet globalna marka może się potknąć, jeśli zabraknie ludzkiej weryfikacji, wyczucia kontekstu i spójności z brandem. Technologia daje dziś ogromne możliwości, ale to nadal człowiek powinien decydować, co ostatecznie trafi do ludzi.
Reasumując: AI, automatyzacje i nowe strategie są super, ale marketerzy coraz częściej zapominają o absolutnych podstawach: jak działa strategia, kiedy można skalować budżet, gdzie wyświetlają się reklamy i za co realnie płacimy.
I to jest dziś jeden z największych paradoksów marketingu. Technologicznie można zrobić niemal wszystko szybciej, łatwiej, „na jednym kliknięciu”. Ale im więcej odpowiedzialności oddajemy systemom, tym większa powinna być nasza świadomość tego, co właściwie się dzieje pod spodem. Bo algorytm nie zna Twoich celów biznesowych, nie wie kim jest Twój idealny odbiorca, dlaczego miałby kupić właśnie u Ciebie, co realnie ma dla niego znaczenie i na jakim etapie decyzji zakupowej się znajduje. Bez tej podstawowej orientacji nawet najlepsze automatyzacje zaczynają działać w próżni. Niby coś optymalizują, coś dowożą, ale niekoniecznie to, czego faktycznie potrzebuje biznes.
AI może być ogromnym wsparciem, ale pod warunkiem, że jest dodatkiem do wiedzy, a nie jej całkowitym zastępstwem. Dlatego im więcej nowości, tym ważniejsze staje się jedno: rozumieć mechanikę, zanim oddasz jej stery.

Potrzebujesz wsparcia?
Chcesz poukładać swoje działania marketingowe? Chętnie pomożemy!
Będę traktować analitykę jako fundament, a nie feature
W całej dyskusji o AI, automatyzacjach i „nowych możliwościach systemów” bardzo łatwo zgubić jedną rzecz: bez solidnej analityki cały marketing stoi na chwiejnych podstawach. Jeśli dane są niepełne, źle zbierane albo interpretowane bez kontekstu, system będzie optymalizował się w próżni – a to prowadzi do kilku bardzo konkretnych problemów, które dziś dotykają wiele e-commerce’ów.
🧠 Predykcje bez pełnego obrazu użytkownika
Systemy coraz częściej próbują „zgadywać” i przewidywać zachowania użytkowników: kto jest wartościowym klientem (high value), kto się nie jest zaangażowany (disengaged), a kto według algorytmu jest o krok od zakupu. Problem w tym, że te modele są ogólne, które mogą nie uwzględniać specyfiki Twojego biznesu.
🍪 Adblocki, cookies i ucięte dane
Coraz więcej użytkowników korzysta z adblocków, przeglądarek z wbudowanym tracking prevention, VPN-ów czy rozszerzeń blokujących śledzenie. Do tego dochodzi chaos wokół banerów cookies – część danych w ogóle się nie zbiera, część zbiera się fragmentarycznie, a część jest „ucięta” jeszcze zanim dotrze do systemów reklamowych czy analitycznych. W efekcie algorytmy podejmują decyzje na podstawie niepełnego obrazu rzeczywistości.
📊 Automatyczne wnioski ≠ realna wartość biznesowa
W praktyce oznacza to jedno: automatyczne wnioski systemów są dziś oparte na fragmentach danych. Algorytm coś przewiduje, ale nie widzi całej historii klienta, pełnego kontekstu ani jego realnej wartości dla Twojego biznesu. Im bardziej polegasz na predykcjach i gotowych segmentach, tym ważniejsze staje się rozumienie, skąd te dane się biorą i czego w nich po prostu nie ma.
⚠️ Presja „systemowych zaleceń”
Do tego dochodzą alerty i rekomendacje. Komunikaty w GTM, GA4 czy Google Ads potrafią sugerować, że coś jest źle wdrożone, nawet wtedy, gdy testy pokazują lepsze wyniki niż przy oficjalnie rekomendowanych konfiguracjach. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę poprawiania analityki „pod system”, zamiast pod realne decyzje biznesowe.
Dlatego jednym z najmniej sexy, ale najbardziej potrzebnych postanowień na nowy rok jest traktowanie analityki nie jak dodatku, tylko jak fundamentu całego marketingu. Zanim zaczniemy wyciągać daleko idące wnioski, warto zrozumieć, co faktycznie mierzymy, czego nie widzimy w danych i jakie są ograniczenia systemów.
Wybiorę długofalową komunikację zamiast jednorazowych strzałów
Kojarzysz ten moment w roku, kiedy każdy wrzucał swoje Spotify Wrapped? Albo ten, gdy marki na siłę próbują zrobić RTM z młodzieżowym słowem roku? 😬 Wszystko jest okej, jeśli to faktycznie pasuje do ich brand voice. Gorzej, gdy czujesz ten rozlewający się po naczyniach krwionośnych cringe i myślisz sobie: dlaczego oni to zrobili?
Bo trendy kuszą. Virale jeszcze bardziej. I jasne – warto testować nowe rzeczy: Reelsy, shorty, wideo, nowe formy komunikacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy jesteś tysięczną marką, która robi dokładnie to samo, tylko z własnym logo w rogu. I wtedy warto zadać sobie proste pytanie: ile realnej sprzedaży faktycznie dowiózł ten jeden viralowy strzał? 🎯 Bo markę dużo trudniej zbudować jednym trendem niż konsekwentną komunikacją.
W organicu, szczególnie w social mediach, chwilowo wygrywa to, co „najbardziej trendowe”. Ale w dłuższej perspektywie wygrywa to, co spójne z marką, z tonem komunikacji, z odbiorcą. Jeśli coś do Ciebie pasuje – super, testuj. Jeśli nie – możesz po prostu wyglądać sztucznie, a co gorsza… nieśmiesznie. I to jest bardzo dobre postanowienie na nowy rok: robić nowe rzeczy, ale nie na siłę. Sprawdzać formaty, testować wideo, eksperymentować z contentem, ale bez udawania kogoś, kim marka nie jest. Bo autentyczność w socialach działa długofalowo 🧠.
Nie wpadnij w pułapkę noworocznych postanowień!
Trochę się tego nazbierało, prawda? Ale chcemy jasno podkreślić: to są nasze przemyślenia. Jedne z wielu możliwych. Nie lista „must have’ów”, nie złote zasady marketingu i na pewno nie plan do wdrożenia w całości od 1 stycznia. Raczej zbiór obserwacji z codziennej pracy z e-commerce, czyli rzeczy, które najczęściej widzimy, które się powtarzają i które mogą pomóc, jeśli są dobrze poukładane.
I oczywiście – nie wszystko będzie pasować do każdego biznesu. Nie wszystko trzeba robić od razu. Najważniejsze to działać z głową: wybrać to, co faktycznie ma sens w Twoim kontekście, na etapie, na którym ty się obecnie znajdujesz i przy Twoich zasobach. Bez presji, bez dokładania kolejnych „powinienem”, bez zaczynania roku od niepotrzebnej zadyszki. Bo cały rok to maraton, a nie stumetrowy sprint.
Wszystkie plany są świetne, jeśli da się je zdrowo realizować. Pamiętaj, że w dobie dzisiejszego przebodźcowania, uczucia, że trzeba być wszędzie i wiedzieć wszystko, najważniejszym skillem będzie umiejętność priorytetyzowania i krytycznego spojrzenia, czy na pewno wszystko jest dla mnie.
Na nowy rok życzymy Ci przede wszystkim spokojnych decyzji, dobrych danych, sensownych testów i marketingu, który naprawdę wspiera biznes, zamiast go komplikować. A jeśli przy okazji uda się uniknąć gaszenia pożarów w Q4, tym lepiej 😉





